Ogród pełen motyli odżył… nabrały siły… wypiękniały…

Czas na edit… bloga zaczęłam pisać jakieś półtora roku temu… Mój świat wyglądał wtedy inaczej… byłam w innym miejscu… z innymi myślami w głowie… z inną kobietą…. która przez 22 prawie lata była tą jedyną… I tu chylę czoło… dziękując, że była… Resztę, zamykam do małej szufladki na dnie serca… nie chcę zapomnieć ale i pamiętać wszystkiego choćby na co dzień nie chcę… Wniosła wiele do mojego życia, bardzo wiele, prawie pół życia spędziłam z nią, przy niej, w niej… tak jak ona we mnie.. po części to tym kim jestem i jaka jestem odbyło się z wielkim jej udziałem.. Blog miał być szansą na opowiedzenie tego wszystkiego co we mnie wibruje, faluje, unosi się i rozsiewa wokół… niczym spełniony sen… co pęcznieje, pączkuje, rodzi się i tworzy… Jednak…czas …ten czas się skończył… w takich a nie innych okolicznościach… niemniej… był bardzo, ale to bardzo ważny dla mnie… i niech tak zostanie… pomimo…

Myślałam, że więcej nigdy motyli w brzuchu nie poczuję… że poszły spać… że mój ogród z nimi… zasnuł się mgłą… a mój brzuch będzie siedliskiem już tylko prozy życia… Do czasu… do czasu kiedy przystanęłam w miejscu bo świat zawirował… Pomyślałam sobie… babo… to mrzonka… Nie możliwe… wydaje Ci się… dopada Cię desperacja (ale to niemożliwe-znając mnie!), choroba psychiczna… wyobraźnia płata Ci figla… droczy się z Tobą, bawi, wodzi na pokuszenie i znów da klapsa w dupkę… Opamiętaj się, ogarnij, stój na ziemi, głowę z chmur zabierz… I tak sobie rozmawiałam z moimi myślami… a one uparcie, niestrudzenie zaczęły kiełkować… niepodatne na wichury, zamiecie, susze i niepogodę… odporne na moje wewnętrzne NIE!…

ZAKOCHAŁAM SIĘ.. tak, że wszelkie miłości moje razem wzięte (a intensywne zawsze- bo przecież w duszy wariata półśrodki nie istnieją) nie są nawet namiastką mocy tej, którą w sobie teraz mam… Niepojęte, niewyobrażalne, wręcz irracjonalne… a takie mocne, moje… magiczne…

Tak więc oto tworzy się moja nowa historia… Ogród pełen motyli odżył… nabrały siły… wypiękniały, w stanie letargu nabrały wigoru… szaleją, łopoczą, szczęśliwe fruwają po ogrodzie, bawią się w chowanego albo w berka… zależnie od nastroju… wolne i radosne… a jak ciszą świat się otuli, słychać czasami jak pięknie śpiewają… w ich dźwiękach odnajduję swoje tony… brzmienie… które przenosi mnie na szczyty…z moją Czarcicą, która wrosła we mnie… i nie ma granicy, nie ma odrębności… jest we mnie… jej myśli są moimi, a moje jej myślami… tchnienie jedno z ust dwojga płynie… albo jednymi czerpiemy powietrze… z pewnością jedno serce w nas bije… jej we mnie… bo szybciej się do mnie wyrwało… i przybiegło zdyszane… otuliłam, zadbałam, dołożyłam do swojego… zrosły się jakby były jednym organem… i tak pulsuje… i nadaje rytm… a ja pod ten rytm… zakochana tańczę… w strugach deszczu, promieniach słońca… zawsze i wszędzie… jestem połówką pomarańczy… która odnalazła swoją drugą… i ta pewność… ta pewność, że to ona… była zanim… nazwałam, oswoiłam się… dopuściłam do rozumu… bo w duszy i sercu rozpanoszyła się wbrew od drugiego słowa… i nie ważne, że zbyt…

I tak sobie oto trwam… jestem… stałam się… odżyłam… urodziłam na nowo… kręgosłup pozostał ten sam… trudny do złamania… wartości nabrały jeszcze większej intensywności… natchnienie przysiadło na ramieniu i podszeptuje słowa… więc piszę dalej bloga… rodzę wiersze, znajduję sens i chęć… osiadają na mnie, dodają kolorytu, upiększają… Przy okazji zapraszam do zapoznania się z nową stroną pod adresem stylowenamioty.pl Mam czterdziestkę na karku- a duszę zakochanego sztubaka… na boso tańczę na środku ulicy, kiecki zwiewnie na wietrze falują, włosy targa wiatr… w rozpostarte ramiona chwytam niebo… i zrobię z niego dla nas płaszcz… utkam dodając miłość, wierność i ufność… bezmiar na całą resztę życia… które zamierzam spędzić z Aniołem… w co czarcią kieckę się ubrał i myśli, że nie rozpoznam tej jasnej duszy i tego dobra co schowane ma w skrzydłach odpiętych na poddaszu…


Przyszła do mnie … zapukała w serce…

Uśmiech wymalowany na ten rozjaśnionej buzi mówił wszystko… Spokojna i pewna, ale zadziorna i z pazurem… szalej skąpany w błękicie…. wariat amarantowy… z ogonem… Miłość… pełnia oddechu… wiosny lata zimy i jesienie… wszystko się w niej mieściło… Taka radosna i szczęśliwa… trafiła na podatny grunt… Pomyślała… tu sobie zamieszkam… tu się rozgoszczę… natchnę każdy dzień odmiennym dźwiękiem… dni poskładam z sylab… oczom nadam blasku… Bo ta miłość pracowita jest… nie znosi próżni… nie znosi nieładu… nie znosi nijakości… I tak sobie chadza… pomiędzy dniami i nocami… zahaczy o rano i południe… tu dotknie czułością… tu tkliwość namaluje kwiatem w dłoni… doda westchnienia … ustom co w zachwycie otwarte..

Miłość… taka śliczna Pani… zwiewna i kobieca… w pięknej sukni… co guziki ma z biedronek… Wyczekana… wymarzona… jedna i jedyna… Różdżką spełnień słodzi moją kawę… skrzydłami elfimi piękne zapachy roztacza wkoło… Jest… słońcem w pochmurny deszcz… oceanem co po udach wcale niewąską strużką się rozlewa… jest pragnieniem, tańcem zmysłów… ptakiem i wiatrem… farbą i pędzlem… atramentem i stalówką co go rozprowadza po kartkach namiętności dusz… Moja Miłość…

Przyszła… zapukała w duszę… jak do siebie weszła… każdy zakamarek naznaczyła sobą… tu rozlała jaśminy, tu łzy niezapominajek poprawiła w wazonie… Jest… chwilą inną niż dotychczas… jej wyjątkowość wyznacza bieg dni… od nocy do nocy… od poranka po świt… po oddech… po jęk i krzyk… po spazm… kiedy otumania sobą ciała skąpane w pożądaniu… Jest i śmieje się radośnie… otula ciepłem jakby szalem z nieba… taka miłość… jasna … pełna.. inna… dojrzała… nie wiadomo skąd… nie wiadomo jak… ale jest… i trwa… choćby na przekór, choćby wbrew… choćby górki i podgórki sprzysięgły się zagrać jej na nosie… ale ona jest waleczna… ona jest uparta… Idzie…krok za krokiem… nosi uśmiechy od serca do serca… czasami na jaskółczych skrzydłach przysiądzie.. i jak na dorożce wyrusza w podróż… Moja Miłość w karty z Czasem gra…

Zlała się ze mną, wtopiła we mnie, jest w każdej kropli krwi, w każdym hauście powietrza, w każdym obrazie co się pod powieki chowa, jest piórem ze skrzydła ale i tym skrzydłem, motylem we mnie i nie tylko… Przysiada na ramieniu albo dłoni … w jej szeptach odnajduję sens… kołysze mnie… fruwam z nią… chcę i pragnę… wierzę i ufam… mogę wszystko… kocham i kochana jestem… Z nieba do ziemi… z ziemi do nieba… tam i z powrotem… i tak w kółko… I rosnę… i chłonę… żyję… Moja Miłość… ma Twoje imię… a motyl nawet kolor twojej kiecki dzisiaj…

Tak i oto przyszła do mnie miłość… pachnie kobietą… wygląda jak kobieta.. jest kobietą.. tak jak ja… i zatracam się w tym cudzie ósmym zresztą świata … i zatracam się w tej miłości… otumania swoją mocą… mnie- wydawać by się mogło wytrawnego życiowego pijaka… I z dedykacją będzie… dla Amaranta z ogonem…


Dziś ten cień niezapominajek mnie tak zaskoczył……..

Nie ma to jak szewski poniedziałek…Po dwóch szklaneczkach whisky świat jest do przyjęcia… Rzeczywistość lekko rozmyta…mózg poszedł na wagary… jak i ja dziś…A kto bogatemu zabroni? W pracy idiota gonił idiotę… i idiotyzm wylewał się każdą decyzją… No i było małe bum… Mały szef dostał po dupie.. a ja zastanawiam się… kiedy zamknę niewyparzony dziób…a wylało mi się za kokardę…rozlało po wszystkich kokardach tego świata… I poszła wiązanka….jakże płynnie idą niecenzuralnie słowa w obcym języku….Powiem tak… chciałabym tak mówić, jak potrafię kląć…;) Włączyłam małą analizę (dziś większa przekracza moją zdolność percepcji kiedy skąpana jest w procentach… do promila nie doszło.. ;) ) i wychodzi mi, że to skrzywienie genetyczne, tak więc nigdy…. Ok jakoś się uspokoiło… okazało się, że kontrakty zostaną dopięte na czas… więc spuszczenie powietrza… w końcu luz i brak presji… Palę zadowolona z siebie fajkę… odruchowo wyciągam telefon sprawdzić wiadomości… jest…. SMS…którego nie dostawałam od miesięcy… a za którego jeszcze nie tak dawno dałabym się „zamordować”….zbladłam… musiałam mieć głupią minę… bo wywołałam zdziwienie na twarzach… ja wiecznie uchachana…nagle stanęłam z zaszklonymi oczami… transparentnymi… żadnymi… wrócił cień zielonookiej z niezapominajkami w dłoni…

Odnalazłaś blog… kiedyś na początku go czytałaś… później… cóż.. zapomniałaś, że jestem i co jest dla mnie ważne…będąc obok Ciebie, czułam się najbardziej samotnym człowiekiem na tej ziemi…byłaś obok a ja do Ciebie tęskniłam niewyobrażalnie… ta tęsknota była najgorsza, jaka mi się przy Tobie trafiła… Nie umiałaś, nie chciałaś, może sądziłaś że skoro już jestem u Ciebie to nie trzeba… rozmawiać… wieczory mijały na pykaniu tępym w klawiaturę lapka bądź telefonu… a kiedy była możliwość…szłyśmy do łóżka… Wiesz jak się wtedy czułam? Jak dziwka… jak tania dziwka, która za namiastkę i okruch… wyjmuje kręgosłup i będzie udawać, że go nie ma… co sobie przypomnę…sama przed sobą oblewam się wstydem… i złością… że atawizmy wzięły górę…Tak… pomimo, że te atawizmy z Tobą były wyjątkowe…

Odnalazłaś bloga… szukając go blog po blogu…bo nie odpisuję, bo nie piszę…szukałaś śladu mnie…Teraz? A gdzie było „wcześniej”? Na długim urlopie… Tak…chcesz abym była szczęśliwa…. Proszę…o odrobinkę szacunku do nas…skoro chcesz…to dlaczego tak mnie „pozamiatałaś”? Tak… ze gryzłam trawę z żalu, a pazurami drapałam ściany za Tobą? Tak… że oczy piekły i puchły od wylanych łez ? Zapomniałaś, że rozmowa czyni cuda… I dobrze wiesz, tak jak i ja… że za każdy twój dotyk i czułość, dałabym się poniewierać kolejne lata jako satelita… Przeliczyłaś się… żle skalkulowałaś…zerwałam się z łańcucha… bo nie mogłam Ci wybaczyć tych miesięcy z Tobą a bez Ciebie… obok…a w ogóle…Tych tysięcy przejechanych kilometrów, jak ta durna markietanka…za Tobą- a właściwie do Twojej nieobecności na długość oddechu… Mam żal… mam żal, że… że nie zauważyłaś nawet, że wyjeżdżam od Ciebie z uczuciem ulgi…. i ten twój wiecznie stojący na straży Twojego dobra mąż….który za Ciebie załatwiał trudne tematy…nawet nie widzisz…jaka jesteś poddana wiecznej kontroli… nawet napisać do mnie niby nie możesz, bo odczyta wszystko…okazuje się, jednak że jak się CHCE to MOŻNA…. Znajdzie się i czas i metoda… but too late… too late….

Tak….będę szczęśliwa… Jestem….Ty tego szczęścia mi już nie dawałaś…Kiedyś…pamiętam…wielkie… ogromne… nie potrzebowałam do życia nikogo i niczego tylko Ciebie… wystarczałaś mi za wszystkich i wszystko… i Ty to wiesz i ja To wiem… Więc wiesz co znaczy moje JESTEM… Wiesz… ja także dziękuję Bogu, że jest KTOŚ, kto potrafi mnie uszczęśliwić…przy KIM jestem cała radością i drżeniem… I Ty dobrze wiesz, że tak jest… znasz mnie tyle lat…. byłaś mi jak żona…a ja Tobie…

I jeśli byłam dla Ciebie ważna, a łzy po policzku lecą i parzą… to…daj mi czas… Muszę dojrzeć, aby móc i umieć z Tobą rozmawiać tak po prostu ….ale dziś… dziś jeszcze mam żal… mnie jeszcze boli wspomnienie… że coś co było najpiękniejsze… zostało sponiewierane zaniedbaniem…. I dziś już nie będę walić się w pierś.. Mea Culpa… już nie…. I z szacunku do nas… daj czasowi czas… ja też mu go daję….. I twoje zdrowie… i twoje powodzenie… za to mój kac pewnie jeszcze dzisiaj….


Usilnie naciągam powieki… a sen nie chce przyjść…

Usilnie naciągam powieki na rozszerzone źrenice… sen nie chce przyjść…. papieros za papierosem… drink za drinkiem… nie kołyszą i jakoś kołysanek nie chcą śpiewać.. .czas na sen… wydarty i rozdarty jak myśli tabun co się w głowie rozpanoszył i budzi… do refleksji, pseudo-analiz… no bo jakie analizy kiedy kolejna pięćdziesiątka płynie we krwi…

Dookoła cisza … a mnie się wydaje, że podskórne drżenie mojej krwi zbudzi cały świat… zastygam.. w nasłuchiwaniu kroków… co nigdy nie nadejdą… patrzę na drzwi co nie zostaną nigdy otwarte… mówię słowa które utoną w dźwiękach i kosmicznym szumie…

Z kieliszka ubywa… natrętnie i mozolnie go napełniam…i opróżniam… napełniam i opróżniam…padają mury i cegiełki wewnątrz… puszcza cement zasad…. puszcza spoiwo wyćwiczonej samokontroli… rozbieram się ze zbroi… rozpinam lejce….tylko ostróg bronię nawet przed samą sobą…i widzę je na bosych stopach…znaczy się…ja to ja… więcej jeszcze krwi niż procentów… proporcje w miarę zachowane… wystarczy w miarę… więcej już nie potrzebuję… w dupie mam doskonałość…. i niedoskonałość także… a jednak nie oddycham…

Patrzę się w niebo… właściwie gapię się… bo bezmyślnie… choć bezmyślność to pewnie pozór… nie da się uciec od siebie… i nagle przestać myśleć.. tak po prostu nie myśleć… a na moim niebie dziś…. nawet brak nieba… czarno… bezgwiezdnie… łysy poszedł gdzieś… i nawet łapką nie machnął na „niedowidzenia”… kolejna pięćdziesiątka… może choć wiatr powie mi że jest wiatrem… a może że ja wiatrem jestem… Do fantazji ułańskiej mi daleko… nie byłam ułanem… choć wnuczką ułana i owszem … więc zastanawiam się czy………. jeszcze raz to samo… czy… bezsensem tak mechanicznie dłoń podnosić w powtarzalnym geście… schemat… Schematy uwalniają od myślenia… ok…hm… ale zubażają… otępiają… ogłupiają… więc już sama nie wiem…

A sen… jak nie chciał… tak dalej nie przychodzi… myśli rozbite na cząstki jak w Zderzaczu Hadronów… nie pozwalają się otulić ciszą… załagodzić… odsapnąć i zasnąć… zadają pytania… szczują… i „podkręcają” moje ego… alter ego…. a ja… zawieszona pomiędzy… palę papieros za papierosem… czekam na sen co nie chce znowu nadejść….obrazy zdarzeń przypięte do powiek… odganiają go skutecznie….